Żyję. Blog chyba też. I będzie dość długi wpis, dużo pisania. Zróbmy z tego serię.

Przetrwałam połowę technikum i prawie mam labę. Tymczasowo skończy się zdejmowanie klątwy zombi za pomocą kawy, robienie notatek na kolanie i spóźnianie się o minutę na autobus spóźniony o kwadrans.
W wakacje notki będą się pojawiać ciut częściej i regularniej. Chyba.

Muszę przyznać, że na ostatnie miesiące mazianko na tablecie zostało zamaszyście odsunięte na bok, a wciągnął mnie worldbuilding. Achtung, wnimanie, tu rzucę czymś w rodzaju notki biograficznej.

Kiedy AD 2009 byłam małą Idką, obsesyjnie rysowałam konie i biedronki, a piosenki Arasha wciąż brzmiały dla mnie jak „ore ore bachore”, bardzo lubiłam na poczekaniu wymyślać egzotyczne kultury, rysować ich stroje, domy i inne podobne rzeczy, na tyle, na ile jako dzieciak miałam o tym pojęcie. (Jeśli ktoś z mojej rodziny przeczyta ten wpis, pewnie zaraz wyciągnie z mroku dziejów jakieś rysunki z tego okresu. Ała.)
Dziesięć lat później naoglądałam się na jutubie filmików na temat worldbuildingu, a wtedy przeleciała mi przez głowę myśl, by odkurzyć swoje pomysły z dzieciństwa.

Na początku maja założyłam więc konto na conworkshop.com i zaczęłam dłubać jakieś podstawy dla prajęzyka mojego fikcyjnego kraju. Jak dotąd – jest prawie 700 słów, jest podstawowa gramatyka, a przede wszystkim wszystko złożone do kupy.
Całe szczęście, że piszę tę notkę z miesięcznym opóźnieniem, bo przynajmniej początkowa faza mi przeszła i już nie jaram się jak Łazienkowski w Walentynki 2015.
Uwaga, teraz będzie taki trochę drastyczny obrazek.

Proszę, takie piękne tabelki można tworzyć. Ortografia jest oparta na IPA, pisownię z prawdziwego zdarzenia bez dziwnych znaczków ogarnie się później.
Ogólnie, jeżeli ktoś chce się bawić w tworzenie sztucznych języków, to polecam wspominaną stronkę. Nie jest jakaś super duper intuicyjna, ale do tabelek z odmianą słów jest dużo lepsza niż Excel.

Następna notka pewnie będzie zapchana projektami strojów, ostrzegam.